Opowieść tę muszę zacząć od przypomnienia wszystkim, że nie jestem kuchenną boginią. Przyznałam się do tego jakiś czas temu przy okazji drożdżówek z serem. Gdy coś pichcę, musi to być bardzo proste. A cóż może być prostszego od upieczenia muffinek? No nic przecież, powiecie. Akurat! Muffinki dały mi po nosie już kilka razy. Wypróbowałam kilka przepisów, moje umiejętności nie sprostały żadnemu.
Przypuszczam, że po tym, co zaraz opiszę, niektórzy zwątpią w jakiekolwiek moje umiejętności.
Gdy piekłam moje przedostatnie, marzyłam sobie, jak to po południu mój biedny styrany mąż wraca z pracy, otwiera drzwi, a w jego nozdrza uderza boski zapach ciepłego ciasta, gruszek i imbiru. Niesiony tym zapachem trafia do kuchni, gdzie ja, w ślicznym fartuszku podaję mu tacę pełną słodkich babeczek. Amerykańska reklama z lat ’50, normalnie.
W rzeczywistości wyglądało to trochę inaczej. Mąż był, zapach i nozdrza też, tyle że jego słowa: „Co, smażyłaś racuszki?” zdruzgotały mnie zupełnie.
Podejście ostatnie, sprzed kilku dni zaledwie, zaowocowało wyprodukowaniem dwunastu pocisków do procy z jagodami. Wyglądały za to pięknie.
Ponieważ jednak kiedy się na coś uprę, nie odpuszczam, poprosiłam ciocię (która piecze wprost bajecznie) o przepis na babeczki. Dzięki ciocinym wskazówkom jestem już całkiem niezła w smażeniu naleśników, więc i tu patrzyłam w przyszłość z ufnością. Recepturę dostałam szybko, rano pobiegłam po składniki i postanowiłam zmierzyć się z zadaniem wieczorem.
Dzień od początku nie zapowiadał się przyjemnie. Rozpoczęty od wizyty w przychodni, gdzie utoczono mi koło litra krwi, zakończony stresującą wizytą u weterynarza. Wypełniony ganianiem po sklepach (toner się skończył), próbą koszenia trawnika, pracą nad cyferkami. A wszystko to przy 40 stopniach.
Kończenie takiego dnia pieczeniem okazało się być nienajlepszym pomysłem. Wszystko, co napisałam wyżej okazało się niczym w porównaniu z moimi dzisiejszymi wyczynami.
Zasada przygotowywania muffinek jest banalnie prosta. Suche do suchego, mokre do mokrego.
Jedziemy! Przygotowałam pojemnik na suche i sypię: mąka, cukier, proszek do pieczenia, cukier waniliowy. Wymieszałam. No idę jak burza. Wzięłam naczynie na mokre. Odmierzyłam mleko i (naprawdę nie wiem, jak to się stało) chlust nim na suche. Zgroza. Kot popatrzył na mnie z politowaniem, a ja poszłam wylać powstałą pulpę, przypominającą konsystencją klej do tapet do sedesu. (Mam nadzieję, że się nie zapchał.)
Nie zrażona spróbowałam jeszcze raz. Suche do suchego, mokre do mokrego. Sukces!
Tyle, ze mokre za nic w świecie nie chciało się dać wymieszać. Albo stopione masło było za ciepłe, albo jaja i mleko były za zimne, nie wiem. Grunt, że im bardziej mieszałam, tym bardziej wszystko robiło się bardziej gluciaste. Stwierdziłam, ze gorzej już przecież nie będzie i wstawiłam michę z mokrym do gorącej kąpieli wodnej. Zachęcona początkowymi wynikami eksperymentu, chciałam zawartość michy podgrzać na małym ogienku. I tu już chyba przegrzały mi się zwoje mózgowe (podejrzewam, iż niektórzy zwątpią, że w ogóle posiadam mózg), bo wlałam to wszystko do gara z wrzątkiem, zamiast do przygotowanego rondelka. Kot zaczął się ze mnie śmiać, a ja nakarmiłam sedes po raz drugi.
Jednak nie mogłam się poddać, zwłaszcza że miałam już perfekcyjnie wymieszane suche. Ze łzami w oczach rozpuściłam kolejną porcję masła i wyjęłam z lodówki mleko i jajka. Zostawiłam w spokoju i zajęłam się opisem tragedii dla potomności.
Po godzinie, kiedy zarówno gorące masło jak i lodowate mleko osiągnęły już temperaturę pokojową, z drżącym sercem i takimiż dłońmi wlałam składniki do michy. Wszystko się ładnie wymieszało.
Podążyłam dalej za przepisem i po kilku chwilach najwyższej koncentracji i zastanawianiu się, co jeszcze może pójść nie tak ( a miałam jeszcze pomieszać mokre z suchym i dodać czekoladę), włożyłam blaszkę do piekarnika. Minęło dwadzieścia pięć minut obgryzania paznokci i wyjęłam z pieca coś, co zdecydowanie wygląda jak babeczki.
Najlepsze jest to, ze smakują też całkiem dobrze!
Tak więc, okazuje się, że opowieść mimo wszystko kończy się happy endem. Po kilku godzinach przy garach, zmarnowaniu kilogramów ingrediencji, mogę się cieszyć owocem mordęgi. ;) Chcieć to móc, nie wolno się poddawać i inne tam takie.
Ja jednak do kuchni długo nie wejdę. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 23 sierpnia 2011
poniedziałek, 10 maja 2010
Drożdżówki
Nie przepadam za gotowaniem. Przygotowywanie obiadu z dwóch dań to dla mnie mordęga, poświęcenie, najwyższy wymiar kary i strata czasu. Zwłaszcza, że taki obiad zjada się szybko, niezależnie od wkładu pracy. W kuchni cierpię. Umiem przyrządzić zaledwie kilka potraw. Najważniejszym kryterium, jakie musi spełnić przepis, by zostać włączonym do mojej książki kucharskiej, jest czas przygotowywania. Jestem w stanie wykrzesać z siebie tylko 30 minut cierpliwości.
Podobnie jest z pieczeniem. Składniki do miski, zmiksować, potem wylać na blachę, wrzucić w piekarnik. Koniec zabawy. I postarać się jak najmniej upaprać kuchnię.
Czasem moja niechęć do kucharzenia przegrywa z miłością do jedzenia.
Ostatnio zapragnęłam czegoś z ciastem drożdżowym. Na spotkanie moim zachciankom wyszła Pracownia Wypieków proponując drożdżówki z serem. Przepis trochę ostudził mój zapał, ponieważ wymienia więcej niż 3 składniki. Zawzięłam się jednak i mimo, że nigdy nie odniosłam sukcesów tu, gdzie w grę wchodziły drożdże, postanowiłam spróbować. Efekt mnie samą zaskoczył. Przepis logiczny i prosty. Zaczyn wyrósł, ciasto wyrosło, bułeczki wyszły przepyszne. Smakowały nie tylko mnie. ;)
Polecam i dopisuję do mojej skromniutkiej kolekcji, mimo że ich przygotowanie zajmuje więcej niż pół godziny. Na szczeście ciasto rośnie samo.
Podobnie jest z pieczeniem. Składniki do miski, zmiksować, potem wylać na blachę, wrzucić w piekarnik. Koniec zabawy. I postarać się jak najmniej upaprać kuchnię.
Czasem moja niechęć do kucharzenia przegrywa z miłością do jedzenia.
Ostatnio zapragnęłam czegoś z ciastem drożdżowym. Na spotkanie moim zachciankom wyszła Pracownia Wypieków proponując drożdżówki z serem. Przepis trochę ostudził mój zapał, ponieważ wymienia więcej niż 3 składniki. Zawzięłam się jednak i mimo, że nigdy nie odniosłam sukcesów tu, gdzie w grę wchodziły drożdże, postanowiłam spróbować. Efekt mnie samą zaskoczył. Przepis logiczny i prosty. Zaczyn wyrósł, ciasto wyrosło, bułeczki wyszły przepyszne. Smakowały nie tylko mnie. ;)
Polecam i dopisuję do mojej skromniutkiej kolekcji, mimo że ich przygotowanie zajmuje więcej niż pół godziny. Na szczeście ciasto rośnie samo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
