Tone Finnanger i jej cudna Tilda to moje tegoroczne odkrycie. Tu ukłony dla Malwiny, która zapoznała mnie z tymi ślicznościami. :) Muszę się jednak przyznać, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nawet nie od drugiego. Początkowo uznalam ten styl za nieco dziwaczny, choć od początku zachwyciły mnie materiały. Drobne kwiatuszki, błękitne i różowe paseczki, kropki. Wydały mi się bardzo przytulne i domowe. Im więcej się jednak przyglądałam, oglądałam dzieła dziewcząt pokazywane na blogach, na przykład tu, tym bardziej Tilda mi się podobała. No i wpadłam.
A wczoraj dostałam niesamowity prezent. :)
Szczególnie spodobały mi się myszy i choinki w doniczkach.
I znów wzrosła mi motywacja do nauki norweskiego. :)
Jakość zdjęć nie jest najlepsza, ale bardzo ciemno dziś w Krakowie.